Dzisiaj jest sobota, ostatnia „handlowa” przed pierwszą „niehandlową” niedzielą. Jestem z pokolenia 80’, czyli z czasów o których dzisiaj mówi się po to, aby docenić to co mamy. Ileż to ja się razy nasłuchałem: „Teraz to jest luksus w porównaniu z tym jak było kiedyś…”. Albo bardziej jak kiedyś „nie było”.

Miałem wrażenie, że czas w którym „nie ma” mamy już za sobą…a tutaj zonk. Jest niedziela, ale nie ma możliwości kupowania. Niby żaden wielki dramat. Dzisiaj popytałem w sklepach co myślą o tym ludzie. Byłem też na targu lokalnym, gdzie w niedziele nigdy się nie handluje. Zapytałem: „Po co takie zmiany? Co nam to wszystkim da?”.

Co usłyszałem:

Starsze pokolenie (moich rodziców, aktualnie 60-70 latków) mówi dokładnie tak jak o dawnych czasach, tyle że jakby w pozytywnej ocenie – „Kiedyś sklepy były pozamykane w niedziele i jakoś żyliśmy. Wychowaliśmy dzieci. Nawet 500+ nie było potrzebne”.

Młodsi, 30-40 latki, częściej odpowiadają grymasem i nie ukrywając zdziwienia, pytają retorycznie o sens takiej zmiany.

Ja sam nie potrafię przyjąć wyraźnej postawy względem tej lekko nowej dla mnie rzeczywistości. Co prawda nie należę do ludzi, którzy niedziele spędzają na rodzinnych wycieczkach do handlowych galerii, jednak jakoś mnie to gniecie. Nie szlaban na kupowanie, ale fakt że ktoś za mnie chce decydować jak mam spędzać swój wolny czas. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to jakby wstęp do „grubszego” w materii centralnej strategii wpływania na naszą społeczną rzeczywistość.

Politycy odwołują się do troski o pracowników handlu, tyle że jakoś jakby niekonsekwentnie – wszak nie wszyscy mają wolne. Są też logistyczne wyjątki (piekarnie, kawiarnie etc), co z całą pewnością nie pozostanie bez echa w naszym narodowym talencie do improwizowania i kreatywności w biznesie. A dzień wolny od pracy w biznesie to bardzo konkretne, wyrażone procentami straty w ogólnym rozliczeniu przychodów ze sprzedaży.

Gdyby przyjąć perspektywę społecznych korzyści takiej reformy, to pewnie można by poszukać uzasadnienia w nadziei, że ludzie więcej czasu spędzą na byciu razem w nieco bardziej „kulturalnym” kontekście, albo chociaż zdrowym eksplorując tereny zielone podczas wspólnych wypadów na łono natury.

Mam tylko nadzieję, że nie pojawi się frustracja rodem z życia małolata, któremu ktoś zabrał tablet pod sam koniec ulubionej bajki, albo zabieganego menedżera, który właśnie stracił dostęp do internetu. Jest też szansa, że w obawie przed zamknietą niedzielą, przesadzą w sobotę…a potem znowu w niedzielę 😉

Jakby tej sprawie się nie przyglądać, zmieniać coś do czego od lat zdążyliśmy się przyzwyczaić i argumentować to tym, że w zupełnie innych czasach (pod każdym względem) nie mieliśmy z tym problemu, jest prawie tym samym co próba wyłączenia internetu w trosce o nasze sieciowe zatracenie. Człowiek to taki wyjątkowy „typ” na planecie, że jakby nie było, z czasem przyzwyczai się do wszystkiego. Tylko tym razem bardziej mnie to martwi, niż raduje. Z niecierpliwością czekam na stoliki pod kawę w sieci Żabek i świeże pieczywo na stacjach Orlenu.

A poza tym wszystkim to niezmiennie jestem zwolennikiem człowieka i świata, w którym stwarza sobie coraz więcej możliwości i wie jak z nich mądrze korzystać.
Tego przecież można nauczyć inspirując, zamiast ograniczając.

ps. Dzisiaj (sobota przed wolną niedzielą) współczuję wszystkim sprzedawcom przy kasach w marketach. Mieliśmy drugi raz w roku szkolnym przeddzień świąt Bożego Narodzenia i kolejną promocję na lidlowego karpia. Ole!